ver: 0.33

Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku

(okładka twarda)

Autor:
(10)
  • Czytaj fragmentFragment
DARMOWA DOSTAWA do salonów empik
produkt niedostępny dodaj do schowka ›
dostępność w salonie
Opis produktu
Dane szczegółowe
Opinie klientów (8)
Dodaj recenzję
Oceń produkt:
*
*
Dodaj recenzję Powrót
W przypadku naruszenia Regulaminu, Twój wpis zostanie usunięty.
  • 3
01.06.2017
Daria Kr
"Księga morza" to interesująca książka, zawiera dużo faktów o życiu, nie tylko tym morskim, znajdziemy w niej dużo odwołań do historii, literatury. Dzięki temu osoby, które nie miały o tym wcześniej pojęcia mogą dowiedzieć się dużo ciekawych faktów. To książka idealna dla ludzi, którzy kochają morskie wyprawy, ale nie tylko. Muszę przyznać, że jednak odrobinę się zawiodłam i spodziewałam się czegoś innego po tej książce. Zabrakło mi w niej emocji, oraz wrażeń, przeważa w niej zbiór osobistych rozmyślań. Szkoda także, że tytułowy połów rekina zajął niewiele miejsca w tej książce.
  • 1
11.04.2017
Monika Szyszka
Fantastycznie pouczająca. W sam raz przed kolejną wyprawą na Lofoty.
  • 5
03.04.2017
Kasia Kulik
Archipelag Lofoty został uznany za jedno z najpiękniejszych miejsca na świecie, a po przeczytaniu tej książki jeszcze bardziej mam ochotę zachwycać się tym pięknem, pojechać tam i wchłaniać atmosferę i klimat tego niesamowitego miejsca. Siedzieć na łodzi ze świadomością, że gdzieś w pobliżu mnie pływa rekin polarny, orka przemierza głębiny oceanu, a nieświadoma niebezpieczeństwa foka śpi spokojnie na dnie. „Księgę morza” czyta się jak opowieść z innego świata, ale nic w tym dziwnego, bo w końcu morski żywioł jest światem zupełnie innym, od naszego, od lądu, do którego przywykliśmy. Nie znamy nawet połowy tych gatunków, które zamieszkają głębie oceanu, a tylko niektóre gatunki przywykły do życia i na lądzie, i w wodzie, w większości przypadków jednak radzą sobie dość nieumiejętnie w jednym z tych żywiołów. To swoisty reportaż o morzu, opowieść pełna klimatu, zachwycająca wiedzą i ciekawostkami, opowiadająca o ogromnym marzeniu dwójki małych – w obliczu oceanu – ludzi.
  • 4
23.03.2017
Anna Drewniak
Kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej książce założyłam, że jest ona pełną akcji historią walki o życie na morzu. Okazało się, że jest to bardzo spokojna lektura. Spokojna, co nie znaczy, że nudna. Walka o życie toczy się, ale na dnie bezkresnych wód. Morten A. Strøksnes postanowił opowiedzieć o swojej życiowej pasji. Morza i oceany. Toczące się w nich życie, zjawiska przyrody jakie mają tam miejsce, wątki historyczne. Wszystko to, autor sprytnie wplata w opowieść o polowaniu na rekina polarnego. Ten pomysł był niespełnionym marzeniem autora i jego przyjaciela Hugo. Dlatego, gdy tylko nadarzyła się okazja, postanowili ją wykorzystać. Zadanie nie było proste. Wszystko musiało być ze sobą zgrane: odpowiednia pogoda, idealne przygotowanie, dobry plan i choć odrobina szczęścia. Rekin polarny jest ogromny i niebezpieczny. Upolowanie takiego stworzenia jest wielkim wyzywaniem. Z tego powodu kolejny próby przyjaciół toczyły się właściwie przez cały rok w zmiennych warunkach przyrody. Książka jest przede wszystkim hołdem złożony naturze, jej potędze, sile i nieprzewidywalności. Oceany i morza są tą częścią świata, która ciągle kryje wiele tajemnic. Nawet jeśli coś z siebie odsłania, to i tak jest to kropla w" morzu życia". Na każdym kroku czuć respekt autora do tego ogromnego żywiołu, ale i jego zachwyt. Opowieść niesie ze sobą także wiele dygresji dotyczących losów Hugo i jego rodziny. Od pokoleń zajmują się oni połowami i handlem rybami. O łodziach, o technikach połowów wiedzą wszystko, a jeśli nie to na pewno bardzo dużo. I choć Hugo jest też artystą, to skutecznie łączy te dwie pasje swojego życia. Wreszcie, książka ta jest pokłonem w stronę męskiej przyjaźni. Charakterystyczne męskie rozmowy, wspólna walka z żywiołem, wspólne wspomnienia. Lekturę czyta się na prawdę dobrze. Pozwala ona oderwać się od rzeczywistości. Uroku dodają jej ciekawostki takie jak zjawisko "pijani rekinem", czy ludzki przysmak makreli. Pewne jest jedno, po tym reportażu czytelnik inaczej spojrzy na naturę. Ci którzy kochają przyrodę, żyją nią, na pewno będą zachwyceni tą książką. Pozostali, trochę mniej zainteresowani, mogą mile się zaskoczyć . "Księga morza" przenosi czytelnika do całkiem innego, niemalże kosmicznego świata. Potrafi, jeśli nie zatrzymać czas, to znacznie go spowolnić. Polecam ! Więcej recenzji na fifraku.blogspot.com Zapraszam!
  • 5
23.03.2017
erka
Książki opisujące w reporterskim stylu jakieś niezwykłe wydarzenia, czy interesujących ludzi, jest całkiem sporo. Jednak niekiedy jest problemem uniknięcie przez twórcę takiej pozycji, podawania tylko suchych faktów, a z takiej książki-przyznajmy to, nie ma żadnej radości. Mając to na uwadze, staram się nie sięgać po reportaże w ogóle, albo jeszcze rzadziej. Na szczęście i tu, zdarzają się wydania, od których trudno się oderwać i aż szkoda nam, gdy dochodzimy do ostatniej strony. Taką pozycją, co zdradzę na początku mojej opinii jest"Księga morza, czyli jak złowić rekina giganta, z małego pontonu, na wielkim oceanie, o każdej porze roku". Przyznać trzeba, że już sam tytuł dostarcza nam lektury na 5 minut. A co możemy znaleźć na stronicach tejże opowieści, jak już przedrzemy się przez tytuł? Ano niezwykle ciekawą i napisaną lekkim stylem opowieść o morzu. Po prostu tylko tyle, a może aż tyle. Autor snuje swoja opowieść, wplatając w nią mnóstwo anegdot, ciekawostek, odniesień do hitów filmowych m.innymi do "Gwiezdnych Wojen" i o wiele więcej. Oczywiście głównym motywem jest tutaj polowanie na morskiego potwora. Można by rzec"Kilku ludzi w łódce, nie licząc wielkiej ryby". Słowem podsumowania, że cała ta książka jest niezwykle ciekawym, a przede wszystkim autentycznym wywodem o wyprawie kilku ludzi. Myślę, że nagrody, które ta publikacja zdobywa, zdobyła, są jak najbardziej na miejscu. Z tego miejsca polecam, zachęcam do lektury.
22.03.2017
Książka równie obszerna jak jej tytuł :-)
www.arabiasaudyjska-ksa.blogspot.com
Niezwykle ciekawa, napisana barwnym językiem relacja z wypraw na połów niemalże legendarnego rekina polarnego. Gigantyczne to stworzenie (według Ciotki Wiki - największy osobnik, jaki został złapany, mierzył 6,4 m długości, ale rekiny polarne prawdopodobnie mogą dorastać do 7,3 m i osiągać wagę do 2,5 tony) zamieszkujące lodowate wody Grenlandii, Morza Północnego, północnego Atlantyku, Oceanu Arktycznego i Morza Białego jest celem połowu „dwóch panów w RIB-ie” co mi się osobiście kojarzy się z tytułem znakomitej powieści „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” Jerome'a K. Jerome'a. RIB to skrót od rigid-inflatable boat czyli hybryda łącząca zalety pontonu i łodzi. I na takiej łupince, dwóch Norwegów – pisarz, dziennikarz i fotograf w jednym czyli Autor owej książki wraz ze swoim przyjacielem – ekscentrycznym artystą oraz potomkiem szacownej rodziny rybaków (również w jednym) chcą złowić rekina, przy którym, jak już napisałem wyżej, żarłacz biały (zwany rekinem ludojadem) to stworzenie niezmiernie towarzyskie i całkiem nieźle (jak na mieszkańca oceanów) zbadane. Opisów przyrody znajdziecie tutaj mniej więcej tyle co w „Nad Niemnem” (ale są one zdecydowanie lepszej jakości), a informacji o Lofotach i połowach ryb różnych gatunków, w tym rekinów oraz wielorybów nie mniej niż w „Moby Dicku” Hermana Melville'a. Książkę czyta się z ogromnym zainteresowaniem, można się również całkiem sporo dowiedzieć nie tylko o samej operacji „rekin polarny”, ale także o obyczajach, kulturze czy poczuciu humoru mieszkańców Norwegii. To niezwykle wartościowa pozycja nie tylko dla tych, którzy lubią „morskie opowieści” i fascynują się łowami na „grubego zwierza” (gdzie dodatkowym utrudnieniem jest środowisko w którym ów zwierz bytuje). To także ciekawa propozycja dla osób rozważających wakacyjny wyjazd lub przeprowadzkę do Norwegii. Dzięki tej lekturze będą mieli okazję zapoznać się z krajem, klimatem, przyrodą, a także niektórymi cechami przyszłych gospodarzy, co z pewnością ułatwi ich zrozumienie. Czytanie opisów żmudnych przygotowań do wyprawy, prób wykorzystania „pamięci genetycznej” przez przedstawiciela ludu morza oraz samych prób wytropienia rekina polarnego daje dużo przyjemności. Pomimo nasycenia wiedzą, której albo nie posiadamy, ale posiadamy, ale w szczątkowej ilości książka w niczym nie przypomina stylu podręcznika akademickiego. Raczej jako dość długa wersja poradnika „Jak upolować rekina polarnego w weekend". Takie obcowanie z arktyczną przyrodą jest fajne, nawet dla osób tak ciepłolubnych jak ja. Pomaga, dzięki plastycznym opisom Autora, czuć się jednym z łowców rekinów robiąc to w ciepłym, przytulnym domku, bez narażania się na przenikliwe zimno i wilgoć wywołującą u co bardziej wrażliwych galopujący reumatyzm. Pozycja bardzo pogodna i pouczająca. http://niestatystycznypolak.blogspot.com
  • 5
13.03.2017
Życie zaczęło się w morzu
Beata Igielska
RECENZJA PRZEDPREMIEROWA - książka ukaże się 16 marca 2017 r. nakładem Wydawnictwa Literackiego „Księga morza…” to lektura dla tych, którzy lubią delektować się czytaniem, smakować opisy przygód, poznawać świat przez pryzmat barwnych anegdot i kontekstów. Autor już na początku zapowiada, że wraz z przyjacielem zamierza złowić wielkiego rekina polarnego. Mężczyźni szykują sprzęt i czekają na odpowiednią pogodę. Nie wyruszą jednak na połów wielkim kutrem, lecz …pontonem. Może to wydawać się brawurą, wariactwem, a nawet próbą samobójczą. Ci, którzy liczą na krwawe i mrożące krew w żyłach opisy zmagań Mortena i Hugo z wielkim morskim potworem, muszą obejść się smakiem. Owszem, książka trzyma w napięciu, ale dzięki umiejętnemu połączeniu gawędziarskiego stylu, lirycznych opisów przyrody i licznych ciekawostek. Można powiedzieć, że wyprawa dwóch kochających morze mężczyzn to pretekst do ich długich rozmów, wspomnień i dyskusji na temat życia na ziemi. A właściwie w wodzie, gdyż tak naprawdę tam ono się zaczęło. Autor w niezwykle barwny i ciekawy sposób opisuje, jako doszło do tego, że wodna fauna opanowała również ziemię i powietrze. Opowiada o i organizmach, których nie widać gołym okiem i o których przeciętny człowiek nigdy nie słyszał, o i gigantach takich jak wieloryby, kaszaloty, morświny, rekiny… Jeśli ktoś był dotąd przekonany, że największymi zwierzętami zamieszkującymi kiedykolwiek Ziemię były dinozaury, to musi zweryfikować swoją wiedzę, gdyż rekord wciąż należy do waleni. „Księga morza…” to opowieść niezwykła, która łączy reporterski styl z naukowym dyskursem. Ten drugi, na szczęście, nie ma nic wspólnego z nudnym wykładem. Autor w płynny sposób przechodzi od opisów przebywania na morzu z przyjacielem, do wspomnień z dzieciństwa i przywoływania nawet bardzo odległej historii Archipelagu Lofoty, w pobliżu którego żyje rekin polarny. Do tego dochodzą nawiązania do mitów skandynawskich i mitologii innych krajów, do literatury pięknej (z „Mobby Dickiem” na czele), do odkryć naukowych i pionierskich wypraw sprzed wieków. Dawne legendy i ludowe wierzenia przeplatają się tu z najnowszymi teoriami, popartymi wnikliwymi badaniami. A nad wszystkim unosi się duch nieśmiertelnych wód, które mogą zadziwiać swoim pięknem i porażać niebezpieczeństwem. „Księgę morza…” czyta się jak pasjonującą opowieść o tym, co tu i teraz oraz bardzo dawno i bardzo daleko. To niezwykła historia związków człowieka z ziemią i wodą, z przyrodą, która może być i przyjazna, i wroga, której przez wieki nie doceniano i o którą teraz powinniśmy dbać ze szczególną pieczołowitością. Morten A. Stroksnes pisze w sposób niespieszny, a jednak od jego książki nie można się oderwać. Działa ona na czytelnika jak magnes, niezmiennie zachwycając otaczającym nas światem, ale jednocześnie przypominając, że jesteśmy tylko jego elementem, może i wykształconym, ale niekoniecznie najważniejszym i niezniszczalnym. BEATA IGIELSKA
  • 4
02.03.2017
Wsłuchajmy się w szum fal...
Domi czyta
„Morze ma wiele barw. A co jest dźwiękiem morza? Czy fale szemrzące na plaży albo grzmiące o skały i kamienie wybrzeży, smaganych wichrami? Owszem, tak to brzmi na lądzie. Inna sprawa – pod wodą. Tam morze ma swoisty ton, głęboki poszum, który powstaje w nim samym – czysty ryk -Behemotów w rui-” – fragment książki. „Księga morza” to pierwsza w mojej recenzenckiej karierze książka, którą miałam możliwość przeczytać jeszcze przed premierą, wyznaczoną na 16 marca 2017 roku. Bardzo cieszy mnie to, że trafiło właśnie na nią, ponieważ morskie opowieści są bardzo bliskie memu sercu. Jako mieszkanka południowej Polski muszę nieco czasu spędzić w samochodzie czy w innych środkach komunikacji, żeby dostać się nad morze – jedno z moich ulubionych miejsc i przestrzeni. Gdybym miała zdecydować, w który region naszego kraju miałabym się przeprowadzić (w razie konieczności oczywiście, bo bardzo dobrze mi na Górnym Śląski ;)), to bez wahania wybrałabym nadbałtyckie rejony, które odkąd pamiętam napełniają mnie siłą i pokorą wobec natury. Książka uznanego norweskiego dziennikarza, pisarza, fotografa i historyka Mortena A. Strøksnesa jest właśnie takim ukłonem w stronę przyrody, która codziennie nagabywana przez człowieka, nadwyrężającego jej zasoby, ma w sobie niespożyte pokłady energii i pierwotnej mocy, którą istota ludzka może docenić dopiero będąc na środku bezkresnego oceanu czy na szczycie pasma górskiego. Strøksnes z reporterskim zacięciem oraz widocznym zamiłowaniem do przekazywania lokalnych opowieści przedstawia czytelnikowi urodę północnej Norwegii, wraz z jej zapierającymi dech w piersi fiordami, rozlicznymi rybackimi osadami oraz zmiennością aury, podyktowaną morskim cyklem. Cała historia utkana jest na idei złowienia rekina polarnego i to opis czterokrotnych prób namierzenia tej olbrzymiej ryby przez Strøksnesa i jego przyjaciela Hugona stanowi oś książki. Jednocześnie jest ona fascynującym przeglądem faktów historycznych, biologicznych, oceanograficznych czy nawet astronomicznych oraz anegdot związanych z norweskim rybołówstwem. Z powodzeniem książkę tę mógłby przełożyć na mały ekran kanał National Geographic, a głosu użyczać Krystyna Czubówna. Jest to naprawdę pasjonująca lektura, poza momentami w których autor przedstawia charakterystykę krwawego przemysłu wielorybniczego czy też przygotowanej dla rekina zanęty. Naturalizm jest w tych momentach zbyt przejmujący, zwłaszcza dla osoby, która sprzeciwia się trzebieniu gatunków z powodów ekonomicznych czy rozrywkowych w ramach szeroko zakrojonych polowań czy połowów. Ogólnie rzecz ujmując, wyprawa Strøksnesa sprawia, że nastawia się on na odbiór natury na takich częstotliwościach, które pozwalają mu zastanawiać się nad rolą człowieka w ekosystemie, jego miejscem w naturze, jak również zadawać sobie pytania, skąd wzięła się woda i czy w kosmosie istnieje życie. Mamy tutaj również rozważania, które do rozpaczy doprowadzić mogą niejednego darwinistę, związane z konkluzją, że człowiek nie pochodzi od małpy, ale od ryby i to z oceanów wywodzi się wszelkie życie. Jest to również swoisty manifest ekologiczny, uświadamiający nam, że człowiek tak bardzo w dzisiejszych czasach oddalił się od środowiska przyrodniczego, że traktuje je wyłącznie instrumentalnie i rabunkowo. Zachęcam Was do lektury, która moim skromnym zdaniem mogłaby z powodzeniem być włączona w podstawę programową nauki biologii, urozmaicając proces poznawania naszej planety oraz żyjących na niej gatunków fauny i flory, z których jeszcze bardzo wiele ukrytych jest przez wzrokiem człowieka na dnie oceanicznych głębin. Bo jak się okazuje, lepiej poznaliśmy nasz układ słoneczny, niż podmorski krajobraz.
Zobacz też